poniedziałek, 6 lipca 2015

Zmiany, zmiany, zmiany! -- Ewa Nowak- Nie do pary

Zaczynając od totalnie innego szablonu, zmieniam zupełnie charakter bloga. Od teraz będą recenzje. A na pierwszy ogień pójdzie "Nie do pary" Ewy Nowak, bo dosłownie przed chwilą, pełna sprzecznych uczuć, odłożyłam te książkę na półkę po (prawie) nieprzespanej nocy.


"Nie do pary"


Opis z okładkiSzesnastoletni Alek przeżywa okres buntu. Potwierdzenia własnej wartości szuka głównie w oczach płci przeciwnej, co prowadzi do kontaktów z wieloma dziewczynami. W końcu chłopak całkowicie się gubi w swoich uczuciach. Wplątuje się w niezręczne sytuacje, a zarazem traci poczucie bezpieczeństwa, bo rozpada się jego rodzina. Czy Alkowi uda się wyjść na prostą i zrozumieć, co jest w życiu ważne?
Moja ocena: Po dłuższym czasie spędzonym wśród empikowych półek wybrałam właśnie tę książkę z dwóch powodów. Po pierwsze, szukałam lekkiej, niezbyt wymagającej, wakacyjnej lektury, która jednocześnie nie byłaby kiczowatym harlequinem. A na taką właśnie wyglądało "Nie do pary". Po drugie, mam do Ewy Nowak ogromny szacunek , uwielbiam jej książki i zawsze chętnie do nich wracam. Całą serię "Miętową" wręcz pochłonęłam. "Nie do pary" kupiłam z przekonaniem, że dorówna swoim poprzedniczkom. Czy jej się udało? Szczerze mówiąc, mam bardzo mieszane uczucia. 
Z jednej strony, z czystym sercem mogę przyznać, że niewiele książek tak bardzo mnie wciągnęło, żebym zarwała przez nie noc. A "Nie do pary" właśnie tak na mnie zadziałało- wręcz bezwiednie przerzucałam kartki, nie mogąc przerwać lektury. W pewnością duży wpływ na taką a nie inną moją reakcje miał charakterystyczny dla Ewy Nowak  lekki, niezwykle dowcipny styl pisania. 
Z drugiej strony, n i g d y nie spotkałam się z bohaterami, którzy aż tak działaliby mi na nerwy. Zaczynając od  głównego bohatera, któremu bez wahania przyznałabym Order Idioty Roku. Alek, bo tak się gość nazywa, całą złość spowodowaną patologiczną relacją z nadmiernie ambitną matką, odreagowuje na kolejnych dziewczynach, które zamiast kopnąć chłopaka w dupę raz a porządnie, kładą mu się u stóp jak wierne psiaki. Litości! Naprawdę mnóstwo siły woli wymagało ode mnie powstrzymanie się od rzucenia tą książką o ścianę. No, muszę przyznać, że poza siłą woli były to też niekwestionowany talent pisarski autorki i (mimo wszystko) niesamowicie wciągająca fabuła)
W gruncie rzeczy książka jest jednak naprawdę dobra i jak dla mnie zasłużyła na mocne 7/10



Autor: Ewa Nowak
Wydawnictwo: Literacki Egmont
Liczba stron: 351









niedziela, 12 kwietnia 2015

Nietypowe imiona

Uwielbiam. Nastia (czy chociażby, bardziej po polsku, Anastazja), Carmen, Nadzieja... Przecież są przepiękne! Każdy nietypowe imiona kojarzy od razu z krzywdzeniem dzieci. Dlaczego? Ja mam jedno z najpopularniejszych imion w Polsce. Nie będę Was zamęczać liczbami, ale wierzcie mi na słowo, że jestem w pierwszej dziesiątce. Zasadniczo lubię swoje imię, ale trochę żałuję, że mam dwadzieścia koleżanek, które mają takie samo. To jest słabe.



  ~~Garść statystyk~~
W poprzednim roku imię Lena nadano w Polsce 9642 dzieciakom, a Kuba- 9382. Dla porównania- imieniem Nastia ochrzczono 5 osób, a Witek, czy Paul- 3.

Mam koleżankę o imieniu Marietta. Dorośli, kiedy słyszą jej imię, mają minę "co-to-za-idiotyczna-moda-dlaczego-ludzie-tak-krzywdzą-dzieci-ratunku-biedna-dziewczyna" i, ładnie mówiąc, wyglądają na nieco zniesmaczonych. Za to ludzie w moim wieku przeciwnie. Interesują się, pytają skąd ten pomysł i tak dalej. Marietta kocha swoje imię (potwierdzone info!) i za nic by go nie zmieniła. Wbrew pozorom.  A ludzie wcale nie uważają, że jest brzydkie czy dziwne. Bo nie jest. Jest po prostu inne.

Czy nie do tego wszyscy w pewien sposób dążymy? Żeby się wyróżniać? Żeby nie zlewać się ze zwykłym, nudnym, szarym tłumem? Swoją drogą sądzę, że to bezsensowne, ale to temat na osobny post, kiedyś o tym napiszę. W każdym razie każdy chce być inny. No to skąd tyle Zuź, Len, Zoś, Stasiów, Jakubów? Nie rozumiem.

Muszę tu zaznaczyć, że nie uważam nadawanie polskim dzieciakom takich imion jak  NikonAlikia Ilia, Koko czy Kashmir (imiona dzieci polskich celebrytów) jest okej. To jest robienie krzywdy, nawet jeśli nie bezpośrednio tym dzieciom, to na pewno wielu innym, których rodzice, chcąc podążać za trendami, uraczą takim imieniem własne pociechy. Jest w ogóle takie jakieś dziwne przekonanie, że jeśli maluch będzie miał, nie wiem, światowe imię, będzie miał prostą drogę do sukcesu. Bo przecież gwiazdy dają takie imiona swoim dzieciom, więc ja też muszę, no nie?

Ale jest tyle pieknych, ciekawych imion, o których się zapomina. No i czemu?

A co Wy uważacie o nietypowych imionach? Błogosławieństwo czy przekleństwo? A może sami macie niespotykane imię i chcecie się podzielić swoją historią? Piszcie, komentujcie! 

piątek, 10 kwietnia 2015

Fajny pomysł, który u mnie totalnie nie wypalił, czyli SŁOIK SZCZĘŚCIA



Siemka ziomeczki!
Przepraszam Was strasznie (można tak powiedzieć?), że moje posty pojawiają się tak bardzo, ale to bardzo rzadko, ale ostatnio kompletnie nie mam czasu.
Dzisiaj będzie o Słoiku szczęścia.
W tym roku na Facebooku pojawiła się taka akcja "Zakładam Słoik Szczęścia" i myślę, że każdy, kto  ma konto na Facebooku albo o niej słyszał, albo nawet bierze w niej udział. Wydarzenie zdobyło ogromną popularność, zgłosiły się ponad 42 TYSIĄCE osób. Ja, ponieważ uwielbiam takie różne akcje, oczywiście też.
(Dla tych, którzy nie wiedzą, o co chodzi załączam link : klik)
No i pełna entuzjazmu chwyciłam najładniejszy słoik jaki znalazłam w domu, ozdobiłam go i pękając z dumy postawiłam w najbardziej widocznym miejscu w pokoju, żeby każdy kto tylko wejdzie go zobaczył. No i żebym o nim pamiętała.
Pierwsze kilka dni było spoko. Jak dla mnie, sama idea jest naprawdę świetna. Wiadomo, co wieczór usiąść na chwilę, przemyśleć cały dzień i w końcu wybrać ten jedną rzecz, która sprawiła, żeby życie stało się lepsze. Wymyślałam różne poetyckie sformułowania, wpisywałam imię swojego chłopaka, tego typu sprawy. Było fajnie. Przez pierwszy...hmmm... tydzień? Potem zaczęło się robić pod górkę. Siadałam przed pustą karteczką i za nic nie potrafiłam wymyślić co mogę napisać.
Ogólnie byłam pewna, że  jestem zadowolona z życia. Że je lubię i w ogóle. Ale przez słoik zaczęłam się zastanawiać, co niby sprawia, że tak jest.
I, cholera jasna, nie miałam pojęcia.
Może kogoś by to dowartościowało. Że nic nie jest dobrze, ale i tak życie jest spoko. Mnie to cholernie zdołowało.
Nie mówię (w żadnym wypadku!), że akcja jest zła. Jest spoko. Ale na mnie to wpłynęło ekstremalnie źle i po prostu chcę o tym napisać.
Rany, niedługo stwierdzicie, że ten blog to jedna wielka seria moich żali. Więc następny post będzie jakiś mega radosny, wymyślę coś fajnego, obiecuję.
A co Wy o tym sądzicie? Bierzecie udział w akcji? Wpływa ona jakoś na Wasze życie? Piszcie, komentujcie! Czekam!

niedziela, 5 kwietnia 2015

Nienawidzę zakończeń, czyli co mnie wkurza #2

Mam ostatnio wenę raczej na posty właśnie o tym, co mnie denerwuje, więc na pieśni pochwalne będziecie musieli trochę poczekać.

Więc dziś kolejny post z serii: Co mnie wkurza.

Nie cierpię zakończeń. Nie chodzi mi o zakończenia obozów, szkoły, wycieczek, czy czegoś w ten deseń, chociaż tych też raczej nie darzę sympatią. Nienawidzę zakończeń opowiadań. To był, jest i pewnie będzie nadal, powód odwiecznych konfliktów między mną a polonistami, a właściwie polonistkami, bo jak dotąd trafiałam tylko na kobiety. Zawsze odejmowały mi masę punktów, bo "opowiadanie musi mieć zakończenie" Nie oddano mi jeszcze opowiadania, które na samym końcu, na marginesie nie miało by uwagi "wyjaśnij!" albo "a gdzie zakończenie?". Litości! Jeżeli tekst jest dobry, to adresat nie zapomni o nim zaraz po przeczytaniu, tylko chociaż na chwilę zatrzyma się i pomyśli o tym, prawda?  Czytelnik ma czuć niedosyt, zastanawiać się co by było dalej. Trzeba pobudzić jego wyobraźnię, tylko wtedy opowiadanie ma jakiś sens. A jeśli ma wszystko podane na tacy, to odłoży pracę i wróci do normalnego życia. A po co ma myśleć, skoro wszystko napiszę w cholernym zakończeniu? Kiedyś po przeczytaniu jednego opowiadania nie mogłam o nim przestać myśleć przez kilka dni. Ciągle do niego wracałam i zastanawiałam się jak mogło się skończyć. O to właśnie mi chodzi.

Swoją drogą, uważam, że skoro już karzą nam wysilić się, być kreatywnym i tak dalej, to narzucanie nam jakiejś ściśle ustalonej formy trochę mija się z celem. W rozprawkach- rozumiem. Charakterystyka, opis, nie wiem, zaproszenie- okej. Ale skoro już piszemy to opowiadanie, to chcemy w jakiś tam sposób trafić do czytelnika, przedstawić świat czy sytuację  w ten sposób, w jaki my to widzimy, a nie tak, jak się podoba naszej polonistce. A ile historii tak naprawdę ma zakończenie? Takie ściśle ustalone, zwieńczone definitywną kropką? No zastanówmy się.

To tyle jeśli chodzi o moją nienawiść do zakończeń i polonistek wyznających wiarę w to, że opowiadanie bez nich to nie opowiadanie.

Macie podobnie? Zgadzacie się ze mną?

Piszcie, komentujcie!

sobota, 4 kwietnia 2015

Buntujemy się, czyli co mnie wkurza #1

Byłam niedawno z kumpelą z fast foodzie. Kupiłam cheeseburgera, był do dupy. Ser jakiś oklapły, mięso też niesmaczne. Widać, że odgrzewany, pewnie nie jeden raz. W sumie nawet przez chwilę zastanawiałam się czy nie pójść go reklamować, ale zrezygnowałam. Po pierwsze, szkoda Bogu ducha winnych kasjerek. Widać było, że dopiero zaczynają. Nie warto robić dziewczynom stresu dla gównianych trzech pięćdziesiąt. Po drugie... Po co? Serio, po co? A może przeze mnie ktoś by wyleciał z roboty? To duża sieć, nie mogą sobie pozwolić na zaniedbania. Warto robić awanturę o... cheeseburgera? Naprawdę nie lepiej odpuścić?
 -Oczywiście, że nie!- oburzyła się moja kumpela- odpuścić? Moja buntownicza natura nigdy by mi na to nie pozwoliła. Odpuścić! Ha! Wymyśliłaś. Leć to reklamuj.
Taka z niej buntowniczka.
Za rzadko ustępujemy.
Nie wiem, czy to całe bycie "buntownikiem" to jakaś przejściowa moda, czy może jakiś etap, na który każdy w pewnym wieku wkracza, ale ostatnio zaroiło się wokół mnie od buntowników. Każdy ma ogromną potrzeba pokazania swojej siły, odwagi i nie wiadomo czego jeszcze, "buntując się". Buntując! Litości! Reklamacja w fast foodzie to bunt? Przeciw czemu niby?
A, tak.
Przeciw złemu systemowi fast foodów, który próbuje wepchnąć w nas swoje trocinowate kanapki, zagrażające życiu.
A to anarchiści.
Też chciałam być buntownikiem. Sądziłam- pewnie tak jak większość- że to będzie oznaczało, że jestem SILNA. Że jak nic nie będzie mi się podobało, z niczym nie będę się zgadzać i walczyć przeciw całemu światu, będzie to znaczyło, że jestem silna.
A potem przeczytałam "Buszującego w zbożu".
Biblię buntowników.
Przeszło mi jak ręką odjął. Czytam mnóstwo książek, a słowo daję, żaden bohater nie wnerwiał mnie tak, jak ten gość. Koszmar. Już wiem, nie chcę być buntownikiem. Nie chcę być jak on i nie rozumiem, jak ktokolwiek może chcieć. Takie życie musi być do dupy.

"Dla człowieka niedojrzałego znamienne jest, że pragnie on wzniośle umrzeć za jakąś sprawę; dla dojrzałego natomiast – że pragnie skromnie dla niej żyć."

Więc może to wcale nie tak? Może oznaką siły wcale nie jest bunt? Czy naprawdę SILNY jest ktoś, kto o wszystko, bez wyjątku się awanturuje? Czy może osoba, która potrafi ocenić, czy gra jest warta świeczki, umie ustąpić, stłumić w sobie emocje, a także zawalczyć o swoje, jeśli naprawdę warto?
Ciekawe, co taki niesamowicie silny buntownik zrobiłby, gdyby znalazłby się w naprawdę trudnej sytuacji.
Może siłą, taką prawdziwą, jest zdolność USTĄPIENIA?
Może to wcale nie tak, że bunt=siła?
A może wyzwiecie mnie od tchórzy.
Ale jedno jest pewne.
Zbyt rzadko ustępujemy.


A co Wy o tym sądzicie? Zgadzacie się ze mną, czy jesteście zdeklarowanymi buntownikami? Piszcie, komentujcie!

Carmen

Trochę o mnie i o tym co tu się będzie działo.

Zacznijmy od tego, że nienawidzę pisać o sobie. Poważnie, naprawdę, serio i w stu procentach. Jak tylko widzę gdzieś kolumnę "o mnie", dostaję gęsiej skórki. Nie żebym była jakaś zakompleksiona, czy coś. Nie lubię i tyle. Jak już jesteśmy przy tym, czego nienawidzę, to od razu powiem, że nie cierpię głupich pytań, na które nie da się logicznie odpowiedzieć. Nic mnie tak nie wkurza, serio. Chyba wiecie co mam na myśli, nie? Jak tak piszę "wiecie" to zastanawiam się, czy ktokolwiek kiedykolwiek wpadnie na tego bloga, ukrytego gdzieś głęboko w czeluściach internetów i go przeczyta. Mam nadzieję, że tak i że nie produkuję tu się na marne.
Skoro już powiedziałam o tym czego nienawidzę, to teraz czas na drugą stronę medalu. Kocham kwaśne jedzenie. Od cytryn, przez lody "Kwaśny urwis", po rutinoscorbin. Ubóstwiam cytryny w każdej postaci, pomijając cukierki, bo na samą myśl o nich robi mi się niedobrze.
Kocham czytać. Robię to- z tego co słyszałam- trzy razy więcej niż ustawa przewiduje. Nie żebym się chwaliła czy coś, ale w ciągu ostatnich trzech lat przeczytałam coś koło 500 książek. Zaraz pomyślicie, że jestem dziwna, ale tak- liczyłam je. Nie pytajcie czemu.
Jestem po uszy zakochana w Igrzyskach Śmierci, Morzu Spokoju i Fałszywym Księciu.
Bywam chamska i wredna, ale ogółem lubię ludzi i raczej nie mam z nimi problemów. Zwłaszcza lubię fanów Igrzysk, mogę o tym gadać bez końca. Jestem cholernie niecierpliwa, uwielbiam Jennifer Lawrence, Josha Hutchersona i Theo Jamesa i to tyle o mnie.
Blog powstał... właściwie nie wiem po co. Czuję potrzebę wyżycia się gdzieś i tu zamierzam to robić. 
Kończę, bo Was zanudzę! 
Piszcie, komentujcie, udostępniajcie, co tam chcecie!
Pozdro,
Carmen