sobota, 4 kwietnia 2015

Buntujemy się, czyli co mnie wkurza #1

Byłam niedawno z kumpelą z fast foodzie. Kupiłam cheeseburgera, był do dupy. Ser jakiś oklapły, mięso też niesmaczne. Widać, że odgrzewany, pewnie nie jeden raz. W sumie nawet przez chwilę zastanawiałam się czy nie pójść go reklamować, ale zrezygnowałam. Po pierwsze, szkoda Bogu ducha winnych kasjerek. Widać było, że dopiero zaczynają. Nie warto robić dziewczynom stresu dla gównianych trzech pięćdziesiąt. Po drugie... Po co? Serio, po co? A może przeze mnie ktoś by wyleciał z roboty? To duża sieć, nie mogą sobie pozwolić na zaniedbania. Warto robić awanturę o... cheeseburgera? Naprawdę nie lepiej odpuścić?
 -Oczywiście, że nie!- oburzyła się moja kumpela- odpuścić? Moja buntownicza natura nigdy by mi na to nie pozwoliła. Odpuścić! Ha! Wymyśliłaś. Leć to reklamuj.
Taka z niej buntowniczka.
Za rzadko ustępujemy.
Nie wiem, czy to całe bycie "buntownikiem" to jakaś przejściowa moda, czy może jakiś etap, na który każdy w pewnym wieku wkracza, ale ostatnio zaroiło się wokół mnie od buntowników. Każdy ma ogromną potrzeba pokazania swojej siły, odwagi i nie wiadomo czego jeszcze, "buntując się". Buntując! Litości! Reklamacja w fast foodzie to bunt? Przeciw czemu niby?
A, tak.
Przeciw złemu systemowi fast foodów, który próbuje wepchnąć w nas swoje trocinowate kanapki, zagrażające życiu.
A to anarchiści.
Też chciałam być buntownikiem. Sądziłam- pewnie tak jak większość- że to będzie oznaczało, że jestem SILNA. Że jak nic nie będzie mi się podobało, z niczym nie będę się zgadzać i walczyć przeciw całemu światu, będzie to znaczyło, że jestem silna.
A potem przeczytałam "Buszującego w zbożu".
Biblię buntowników.
Przeszło mi jak ręką odjął. Czytam mnóstwo książek, a słowo daję, żaden bohater nie wnerwiał mnie tak, jak ten gość. Koszmar. Już wiem, nie chcę być buntownikiem. Nie chcę być jak on i nie rozumiem, jak ktokolwiek może chcieć. Takie życie musi być do dupy.

"Dla człowieka niedojrzałego znamienne jest, że pragnie on wzniośle umrzeć za jakąś sprawę; dla dojrzałego natomiast – że pragnie skromnie dla niej żyć."

Więc może to wcale nie tak? Może oznaką siły wcale nie jest bunt? Czy naprawdę SILNY jest ktoś, kto o wszystko, bez wyjątku się awanturuje? Czy może osoba, która potrafi ocenić, czy gra jest warta świeczki, umie ustąpić, stłumić w sobie emocje, a także zawalczyć o swoje, jeśli naprawdę warto?
Ciekawe, co taki niesamowicie silny buntownik zrobiłby, gdyby znalazłby się w naprawdę trudnej sytuacji.
Może siłą, taką prawdziwą, jest zdolność USTĄPIENIA?
Może to wcale nie tak, że bunt=siła?
A może wyzwiecie mnie od tchórzy.
Ale jedno jest pewne.
Zbyt rzadko ustępujemy.


A co Wy o tym sądzicie? Zgadzacie się ze mną, czy jesteście zdeklarowanymi buntownikami? Piszcie, komentujcie!

Carmen

1 komentarz:

  1. Megga blog
    .
    .
    Robie też design'y blogów :)
    Obs za obs? (Ja już,napisz u mnie)
    Zapraszam do mnie
    http://ssssanderxxxxvvv.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń